Przez krótką chwilę...

wtorek, 19 marca 2019

Podobno nikt nie lubi marca

...czy to prawda? 
Pogoda niezdefiniowana, czekamy z utęsknieniem na wiosnę, brakuje nam słońca, przez to i samopoczucie słabsze...
Ale przecież każdy miesiąc, tydzień po tygodniu, dzień po dniu musimy przeżyć.
My lubimy marzec, bo to nasz "imprezowo-urodzinowy" miesiąc...najpierw ja, potem Antoś, następnie mój Dziadziuś i druga Mama...więc my w tej mniejszości, która na marzec wcale nie narzeka...

A skoro już marzec, to powoli trzeba pozbywać się zapasów z zamrażarki, nim się obejrzymy nowalijki zawitają na nasz stół...dlatego na podwieczorek przygotowaliśmy domowy kisiel malinowy, do jego przygotowania naszykowałam:
 2 szklanki mrożonych owoców,
1,5-2 szklanki wody,
2-3 łyżki cukru,
1 łyżka mąki ziemniaczanej plus odrobina zimnej wody

Owoce i wodę wraz z cukrem zagotować, mąkę ziemniaczaną rozmieszać w niewielkiej ilości zimnej wody, dodać do gotujących się owoców, energicznie zamieszać, dosłownie chwilkę zagotować.
Przelać do salaterek.
Z tej ilości wychodzi 6 dużych porcji...albo 8-10 mniejszych...
Bez obaw...jeśli dzieciaki lubią takie owocowe smaki zjedzą wszystko :)

Wrócił do nas Świerszczyk, teraz w postaci miesięcznika.
Cudowne czasopismo, pełne ciekawych tekstów, inspirujących ilustracji...

Nasza recenzja wraz z garścią inspiracji znajduje się  tu<klik>


Kotek Mamrotek się nie myli, książki to u nas wielka radość:
Oto jeden z cudownych prezentów, jaki w tym roku dostałam z okazji urodzin dostałam (o innych prezentach osobny wpis zrobię, a co, muszę się pochwalić)


Książka bardzo przypomina naszą rodzinkę...z upodobaniem do przebywania na tarasie, obserwowania przyrody, wykorzystywania jej darów, o pomysłach, które rodzą się z potrzeby chwili...ciepła, wesoła i rodzinna opowieść :) książka dla całej rodziny :)


Pomiędzy czytanie wchodzą nasze ulubione zabawy...działamy wiosennie, przywołując wiosnę, robiliśmy w ostatnim czasie stokrotki z patyczków do czyszczenia uszu i plasteliny...






Chętnie wracamy do ulubionych opowiadań dzieciaków w zbiorze :Wszystkie przygody Żabka i Ropucha"


Wygraliśmy także w konkursie na fb świetną książeczkę "Megachłopiec i Wszechkarton", opowiadanie o wyobraźni chłopca, który z kartonu potrafił "wyczarować" sobie każdą zabawkę.
A Wy dbacie o wyobraźnię swoich dzieci? Najłatwiej ją rozbudzać poprzez "niespełnianie" każdej zachcianki dziecka ;) tak w skrócie myślowym...Jak uważacie?



I jeszcze słów kilka o naszej przygodzie z tortem, który miał być i nawet przez chwilę był piętrowy, bo takie było życzenie Antosia...jednak po ułożeniu 3 warstw, tort mi się rozjechał...na przyszłość będę mądrzejsza, żeby każdą warstwę zrobić osobno, schłodzić ją i dopiero położyć każdą na sobie. Tymczasem "rozjechany" tort musiałam szybko ratować, niewiele myśląc zgarnęłam cały do miski, schłodziłam i obłożyłam resztą masy. Pomimo przygody i wyglądu to jeden z lepszych tortów jaki nam wyszedł. Czekoladowe ciasto, krem waniliowy na zasmażce, galaretka ze zblendowanymi truskawkami, MNIAM!!! Jeśli macie ochotę na przepis dajcie znać, to w kolejnym poście postaram się go wstawić :)

Na szczęście Jubilat widział moje starania i piętrowy tort nim się rozwalił...obiecał, że przy następnym pomoże on, bo jak widać, ze mnie marny konstruktor ;)




A do przedszkola Jubilat zabrał ze sobą muffinki czekoladowe (z "robakiem" żelkowym) i ciasto marchewkowe (z lentilkami...miało być a'la klocki) 





Marcowe wieczory uprzyjemniamy sobie jeszcze blaskiem świec, niedawno przemalowałam starą lampę naftową. A z dzieciakami stworzyliśmy teatr cieni z dinozaurami w roli głównej.
To nasze inspiracje do wyzwania w Klubie Twórczych Mam pt."Światłem malowane" <klik>





A Wy lubicie marzec?
Spokojnego wieczoru i dla Was...

niedziela, 3 marca 2019

Idealny czas...

...by pomieszać wiosnę z zimą, mamy marzec, a wiadomo- w marcu jak w garncu :)




Dlatego też karteczki, które udało mi się zrobić wpisują się nieźle w ten mieszany marcowy klimat...





Kartki Boże Narodzenie 2019 u UliK <klik> tworzyliśmy karteczki choinki...u mnie powstała taka:






I jeszcze "utylizacja" białek po tłustoczwartkowych pączkach i chruście...teraz szumnie to nazywamy "zero waste"...a nasze babcie po prostu miały od zawsze zakorzenione, że nic nie może się zmarnować, więc do ostatka przerabiały wszystko...
Miały być zwykłe beziki albo kokosanki, ale Paulina <klik> podrzuciła przepis na takie ciasteczka...
Zdjęcia przepisu od Paulinki:




Pozdrawiam Was ciepło, dobrej niedzieli dla Was!

czwartek, 28 lutego 2019

Zauroczenie chwilą

W takim otoczeniu i z takim niebem można dać się oczarować, poddać zauroczeniu chwili...
Ptasie trele zwiastują powoli, że oto nadchodzi wiosna...niebo też jakby inne...i bazie już są (!!)

Staramy się dużo spacerować. Dziś wymarzona aura...10 stopni na plusie, chociaż wiatr straszliwy!
Ale u nas zawsze wieje...i dobrze, taki wiatr potrafi z głowy wywiać, co tam niepotrzebne się zasiedzi...
Antoś znalazł sobie nową miejscówkę. Chłopiec żywioł, wybuchowy,  humorzasty, ale gdy ma taką potrzebę szuka wyciszenia...przeglądając książki, lepiąc z plasteliny, albo po prostu podczas przesiadywania pod drzewem...

Długo trwała ostatnia jego choroba, gorączka ponad 39 pomimo leków obniżających gorączkę utrzymywała się 6 dni, do tego ból gardła, katar...przetrzymałam go chwilę w domu, gdy zrobiło się tak pięknie całe dnie spędzaliśmy na świeżym powietrzu. Wydaje mi się, że tego mu było trzeba! :)
Z kolei z Zosią urządzałyśmy sobie "weekendowe dziewczyńskie wieczory"...Zosia wybierała więcej niż zwykle książek do poczytania, kreatywne kolorowanki, które lubi...i taki książkowy wieczór spędzałyśmy w łóżku, podczas gdy panowie mieli swój wieczór w innym pokoju-głównie seanse filmowe...

Dzięki tamu mamy pierwszą przeczytaną przez Zosię od deski do deski książkę :)
Nie jestem typem cukierkowej, przesłodzonej mamusi. Jestem wymagająca. Czasem wydaje mi się, że może nawet za bardzo. Że może za wcześnie wymagam od swoich dzieciaków pewnych zachowań. Że za surowa jestem. Zbyt krytyczna wobec nich? To myślenie między innymi spowodowało napisanie poprzedniego posta...nieistotny był ten zatkany zlew etc.bo to wszystko takie przyziemne...ale naszła mnie myśl, że nie jestem dla nich dobra...Ogarnął mnie taki kryzys wiary w swoje powołanie. Przypomniałam sobie przy tym jak bardzo jako nastolatka marzyłam o pójściu na medycynę, ba-nawet jeździłam na kursy przygotowujące do egzaminu na akademie medyczne...po kilku razach zrezygnowałam: po pierwsze nie czułam się na tyle silna, po drugie oświeciło mnie, że marzę o DOMU, o RODZINIE. I wydawało mi się, że nie dam rady połączyć tych dwóch powołań...że będę wiecznie sfrustrowana, bo ani tu ani tu nie dam z siebie 100% jednocześnie, że COŚ będzie kosztem czegoś. No i zrezygnowałam. I czuję, że to był dobry wybór. A tu nagle myśl, że niby spełniłam moje powołanie do bycia MAMĄ ...ale czy na pewno taką MAMĄ chcę być? 
Na spokojnie sobie wszystko w głowie poukładałam. Najpierw mętlik. Chaos myślowy, pomiędzy tym jaką bym chciała być, jaka byłam i jaka jestem...
I wtedy w moje ręce trafił taki jeden z kilku listów...ot tak, bez żadnej okazji...

Myślałam, że padnę ze wzruszenia. 
I wtedy otworzyły mi się oczy...
Co z tego, że wymagam? Że nieraz "surowa" jestem? Że uczę ich odpowiedzialności?
Dotarło do mnie wreszcie namacalnie, to, o czym mi tu wiele razy pisałyście Wy..., że poświęcam im czas i to najważniejsze. Wcześniej wydawało mi się, że to takie oczywiste, że to mój obowiązek jako matki. Dlatego pomimo tego, że czuję niedosyt tego czasu spędzanego wspólnie to staram się jak mogę naginać czasoprzestrzeń, by czerpać ze wspólnych chwil jak najwięcej. Bo jeszcze jedno do mnie dotarło...naprawdę JESTEŚMY tutaj tylko przez krótką chwilę. Ten czas trzeba wykorzystać maksymalnie! Maksymalnie dobrze. RAZEM.
I pewnie nie raz jeszcze przeżyję taki kryzys jako mama, to póki co staram się łapać z nimi jeszcze częściej i intensywniej te wspólne momenty...

Dlatego dziś, w Tłusty Czwartek poświęciłam nieco czasu (zamiast kolejnych kilku prań) i zrobiłam pączki. To w zasadzie drugie podejście do pączków. Pierwsze miałam, gdy byłam w zaawansowanej ciąży z Antosiem, wtedy to zapomniałam do ciasta dodać cukru, olej był za bardzo rozgrzany...generalnie wyszły zwęglone gnioty a nie pączki. I choć pączków nie lubię, to dziś je zrobiłam...bo kocham tych, którzy je lubią...skusiłam się na jednego, tak tradycyjnie...trudno mi oceniać, bo zwyczajnie nie przepadam za nimi...ale mąż stwierdził, że pyszne, Zosia po przedszkolu od razu 3 wsunęła, Antoś nadrobił wieczorem...więc chyba naprawdę smaczne? 

I myślę, że w byciu kim się chce jest trochę jak z tymi pączkami...
Potrzeba nieco cierpliwości, nie można się poddać po nieudanej próbie, warto się postarać, by sprawić radość innym...bo nawet jeśli sama ich nie lubię, nie znaczy, że inni też nie lubią...
Można czasem odpuścić sobie inne czynności na rzecz czegoś innego-ważniejszego w danym momencie, nie pogrążając się przez to we frustracji...
Czasami trzeba dać się zauroczyć chwili...temu co TU i TERAZ :)


Dziękuję Wam za tyle dodających otuchy wpisów pod ostatnim postem.
POZDRAWIAM ciepło!