Przez krótką chwilę...

wtorek, 3 marca 2020

Jak ta mysz w kołowrotku...

"Kręcę" się niczym ona...czuję czasem, że to bez sensu, jak ten bieg myszki w kołowrotku niczemu to nie służy...chociaż polubiłam się z pewną powtarzalnością, sezonowością to za nic nie polubię się z rutyną. A na przednówku dopada mnie ona jak nigdy! Zapewne wpływ na to ma wiele znanych mi czynników, a ja nieco w tym wszystkim utknęłam na własne życzenie. Muszę podjąć więcej wysiłku, by wyjść poza strefę komfortu...a ostatnio nawet dyskomfortu, który mnie przygniata...
Dopiero początek marca, ale intensywny czas za nami. Odwiedzili nas moi Rodzice. A gdy przyjeżdżają oni, zostaję obdarowana ukochanymi tulipanami:


I w towarzystwie tych moich tulipanów naszła mnie ochota na Zafona...jego język potrafi przenieść czytelnika w odległą krainę...poetycki, głęboki, niezwykły. Zachwyca mnie ilekroć po niego sięgam.
Książka wpisuje się w czytelniczą zabawę u Lidzi <klik> 

LUTY-literki FZW
F- autor - Carlos Ruiz Zafon
Z- tytuł - Więzień nieba
W- okładka - wieżowce.

Udało mi się przysiąść i zająć czymś ręce niespokojne...powstały proste biżutki dla znajomych:




A na zakończenie dla wytrwałych, Mama upiekła i przywiozła także przepyszny tort...istna rozpusta, raj dla podniebienia, biszkopt nasączony cytryną, krem to ubita kremówka z rozpuszczoną dobrej jakości gorzką czekoladą...

Dzięki takim akcentom jak te tulipany i kolejne niespodziankowe spotkania i odwiedziny trwam...
Chociaż zdarza się utknąć na jakiś czas jak ta mysz w kołowrotku...
Wszystkiego dobrego dla Was!

środa, 26 lutego 2020

Szczypta codzienności

Dziś Środa Popielcowa. Jakoś tak szybko ten czas zleciał, ledwo co pożegnaliśmy się z choinką, zimy jako takiej na całego nie było, ot parę dni z mrozem, kilka ze śniegiem, śnieżycą nawet...ale na dłużej ta zima nie chciała zagościć. Teraz, pod koniec lutego już jej nawet nie zapraszam. U progu marca czekam na przedwiośnie...takie prawdziwe z topniejącym śniegiem jest raczej nierealne...ale inne oznaki wyłapuję. 
Czuję już inny wiatr, deszcz, powietrze. 
To są te oznaki pierwsze.
Drzewa i krzewy i cebulkowe roślinki też nie pozostają obojętne...też TO czują.


W Klubie Twórczych Mam wciąż trwa intensywne wyzwanie "Wielkanocne Wariacje"<klik>, którego celem jest wykonanie prac w klimacie wielkanocnym inspirując się tablicą jaką Wam prezentujemy. 
Tym razem moja inspiracja to recyklingowa skrzyneczka...pomalowałam ją na biało, następnie dokleiłam jutę, przewiązałam sizalem...dodatkowo wykorzystałam kwiatuszki szydełkowe i materiałowe (o ile się nie mylę od karto_flanej, Etoile, Ani z Zapiecka i Gosi)...Do czego taka skrzyneczka może służyć? Wymyśliłam sobie, że to może być opakowanie na różnego rodzaju "prezenty" gdy do kogoś się wybieramy...np, Poza dekoracjami jakie może pomieścić w okresie wielkanocnym pomyślałam sobie, że może to być element ozdobny dla kwiatków doniczkowych (dodatkowo z krokusami z krepy, które dostałam w zeszłym roku od uzdolnionej Zofiko) czy np. zamiast opakowania na owoce, czy domowe przetwory, domowe ciacho...





Jeśli macie ochotę by przyłączyć się do zabawy zapraszam<klik>

Dla sympatycznej znajomej powstał wianek...słomiana baza oklejona tylko tiulem, doklejone pięknej urody kwiaty (dziękuję Sandra-Greenfrog) prosty do bólu, ale wiem, że znajomej się spodobał :)


Codzienność nasza to także ten powszedni...chleb, bułki, rogaliki i inne takie. Lubimy. Często robię je sama...korzystam ze sprawdzonych przepisów, prostych, takich rach-ciach i gotowe...
Macie takie? Podzielicie się?

Przepis na bułeczki jest od Wioli <klik> odkąd zrobiłam je pierwszy raz, goszczą u nas najczęściej spośród domowych bułeczek.
Ciasto możecie przygotować wieczorem i na noc włożyć do wyrośnięcia do lodówki. Ich pieczenie zajmuje chwilę. 
Składniki:
40dkg mąki pszennej, 
18dkg drożdży świeżych
ok. 250ml wody w temperaturze pokojowej
łyżeczka soli
Oczywiście jak to ja kombinuję z rodzajami mąk, mieszam z orkiszową, razowymi, pełnoziarnistymi. Zamiast świeżych drożdży dodaję czasem łyżeczkę suszonych.
Zawsze wychodzą!
Plusem tego przepisu jest to, że zarówno ze świeżymi jak i suszonymi drożdżami, nie musimy wyrabiać zaczynu. W przepisie Wiola napisała by świeże drożdże wkruszyć do przesianej mąki i zalać połową wody i zostawić na ok.10 minut do wyrośnięcia.
Potem dodać resztę wody i sól i wymieszać. Zostawić pod przykryciem do wyrośnięcia. Jeśli planujecie zostawić do wyrośnięcia na noc w lodówce użyjcie dużo większej misy i włóżcie miskę do reklamówki np (żeby wierzch się nie zsechł).
Przepis jest na 8 bułeczek. Ja robię takie malutkie i wychodzi mi ich 12. Najsmaczniejsze są gdy (najpierw je uformujemy, pozwolimy wyrosnąć oczywiście, i nastawić piekarnik na 200st.C)
je posmarujemy mlekiem zmieszanym z oliwą z oliwek. Często posypuję je makiem, bo takie dzieciaki lubią najbardziej!
Gdy piekarnik jest nagrzany do 200st.C wkładamy blachę z bułkami i pieczemy 20 minut. GOTOWE!!

Paluchy z makiem/sezamem. To propozycja znaleziona na instagramie u @onijka



Ja nie robię zaczynu. Ale oczywiście możecie. Wszystkie składniki w temperaturze pokojowej, mleko ciepłe.
Po wymieszaniu składników odstawiacie ciasto do wyrośnięcia. Dzielicie ciasto na części (na kilka naprawdę długich paluchów...albo jak ja na nieco krótsze)
Pozostawić paluchy pod przykryciem do wyrośnięcia ponownie, posmarować roztrzepanym jajkiem, posypać ulubionymi ziarnami, wstawić do nagrzanego piekarnika 180st.C na 15-20 minut.
Pozdrawiam Was ciepło!

niedziela, 23 lutego 2020

Ktoś obok...

Można żyć w tłumie i czuć się bardzo samotnym, niezrozumiałym przez innych.
Można być samemu, ale mieć poczucie zrozumienia.
Można też uwielbiać towarzystwo innych osób na równi z chwilą samotności z wyboru.
Przechodziłam różne etapy...
Od prawie 7 lat mieszkam na wsi...naprawdę takiej spokojnej i z dala od wszystkiego (w dosłownym słowa znaczeniu) na początku po przeprowadzce z miasta, w którym spędziłam całe studia (z przerwami na inne miejsca na świecie) a następnie kolejne 4 lata to był dla mnie niemały szok.
Wcześniej praca, życie na pełnych obrotach, dostępność usług etc. na wyciągnięcie ręki i LUDZIE. Praca wtedy wymagała ode mnie kontaktu z drugim człowiekiem. Czułam się jak ryba w wodzie. Po przeprowadzce najbardziej tego mi brakowało, codziennej dawki ludzkich emocji, dialogu...
Wtedy moje "blogowe" znajomości (choć internet na tej mojej wsi bardzooooo szwankował) przechodziły szybko do realu. Od samego początku, nie chciałam tylko tkwić wirtualnie w tym "świecie". Bo choć tyle się mówi o zagrożeniach w sieci (i dobrze, musimy być czujni) to może to być też środek, który nie tylko dzieli, może też łączyć. Łączy za pomocą wspólnej pasji, podobnych wartości...
W ferie miałam przyjemność gościć u nas kolejną bratnią duszę poznaną właśnie przez bloga/Instagrama - Wiolę i Jej rodzinkę <klik>. Niby te social media są takie płytkie. Ale wszystko zależy od treści na jakich skupiamy uwagę (tutaj odsyłam Was do świetnych spostrzeżeń mojej kolejnej nie tylko blogowej znajomej Ani <klik>)


Spotkałyśmy się pierwszy raz, a miałyśmy wrażenie, że znamy się od lat. Nagadać się nie mogłyśmy, przez co 2 noce zarwałyśmy, kładąc się niemal o brzasku dnia...Dzieci były dla nas dziwnie łaskawe ;) i między nimi zaskoczyło. To są te momenty, dla których warto prowadzić social-media...znaleźć tego kogoś po drugiej stronie ekranu, kto kończy Twoje zdania! Do dziś miło wspominamy te odwiedziny. Z niecierpliwością snujemy plany o kolejnych :)



Z Justynką znamy się od czasów studiów. Po studiach jakoś nasze drogi się rozeszły, aż na jakiejś rękodzielniczej wystawie poznałam pasję Justynki i dowiedziałam się, że prowadzi bloga<klik>. Zaskoczyło między nami :p Justynka jest chrzestną mojej Jadzi. Na początku lutego udało nam się odwiedzić Ją i jej męża. Przy niej Zosia komponowała sushi...a poza tym spędziliśmy cały dzień, który Justynka zaplanowała nam z mnóstwem atrakcji.



Pomiędzy spotkaniami powstają jakieś drobnostki...jak te kolorowe bransoletki...


Luty aż do Tłustego Czwartku upłynął pod znakiem takich niezdrowych, ale jakże tradycyjnych i smacznych przysmaków:

Pomiędzy oponkami a pączkami ;) poznałam kolejną osobę poznaną przez Instagrama. Nie do końca wierząc, że i tym razem będzie dobrze...no bo ile można mieć szczęścia do poznawania osób? Gdy Kinga (dom.na.skraju.lasu) przestąpiła próg mojego domu okazało się, że chyba w tym względzie mam naprawdę szczęście! Wizyta choć krótka, dała mi niezłego powera, a uśmiech z twarzy nie schodził mi do końca dnia!


Gdyby nie te social-media nie poznałabym tych osób...a ten "ktoś obok" realnie staje się bliższy...trzeba tylko chcieć. Lęk chyba zawsze towarzyszy takim spotkaniom. Ale głęboko wierzę w to, że jeśli się jest autentycznym w tym, co się prezentuje "tu" w blogowym/instagramowym świecie (choćby te zdjęcia były wykadrowane, to chyba zdajemy sobie sprawę, ze to tylko wycinek rzeczywistości) to i znajomość poza ekranem będzie równie udana :)
A Wy chętnie wychodzicie poza ekran? 

Ciąg dalszy słodkości...chrust, muffinki a'la pączki...w końcu i pączki:





Pączki z tego przepisu <klik>

Składniki na pączki
500 g mąki pszennej - około 3 szklanki
1 szklanka ciepłego mleka - 250 ml
4 żółtka średnich jajek
40 g cukru - około 3 pełne łyżki
25 g świeżych drożdży lub 7 g drożdży suchych
1/4 kostki masła - 50 g
szczypta soli
2 łyżki spirytusu lub rumu - można pominąć
1 litr oleju lub smalcu do smażenia pączków

POZDRAWIAM Was ciepło!