Przez krótką chwilę...

niedziela, 23 kwietnia 2017

Toż to dzikie!

Witajcie.
Tytuł posta to puenta jednego z felietonów pana profesora Łukasza Łuczaja "Dzikie jest złe"...oczywiście napisane w przewrotny sposób...Bo zwykle ludzie faktycznie uważają, że to, co dzikie nie jest dobre. Lubię te felietony. Zabawne, mądre, z przekazem...
Minęło 4 lata odkąd mieszkam, gdzie mieszkam...I od tego czasu tak naprawdę zaczęła się dla mnie trwająca po dziś dzień przygoda z tym, co "dzikie".


Wszystko zapoczątkowała moja przyjaciółka Agnieszka...w pierwszym roku po przeprowadzce gdy w czerwcu wyszłyśmy na spacer na nasze łąki PRZEDSTAWIŁA mi rosnącą tam macierzankę. Wcześniej nawet nie wiedziałam o istnieniu takiej roślinki. Przyniosła mi też nasiona ogórecznika (co to? wtedy jeszcze nie wiedziałam) I oczywiście dostałam od Niej swoją pierwszą "dziką" książkę czyli "Dzika kuchnia" profesora Łukasza Łuczaja. Od tego czasu przepadłam. Odnalazłam to, czego szukałam. Odnalazłam w tym siebie. Coś co jest najbardziej zgodne ze mną samą...




Buszuję zatem po swoich łąkach z towarzyszami :) w poszukiwaniu nowych jadalnych roślinek. A im więcej się człowiek rozczytuje w podobnych publikacjach tym więcej tego typu roślinek znajdujących się pod naszymi stopami i w zasięgu naszych dłoni okazuje się być użyteczna!

Serniczek jaglany sam w sobie jest pyszny, ale jeśli jeszcze go ozdobić jadalnymi fiołkami?


Mam niesamowite szczęście, że z moim Mężusiem mamy podobne zdanie w wielu kwestiach. W tym "powrotu do korzeni". On wyszukuje nasion starych zbóż i roślin, które niegdyś były znane, a dziś wchodzą w kanon roślin "zapomnianych"-bo plony słabe... (nam nie na ilości a na jakości i składnikach odżywczych zależy),wciela w życie zasady "permakultury", eksperymentujemy , doświadczamy, próbujemy po swojemu.... Nasze Babcie, Prababcie miały taką wiedzą ot tak jak na zawołanie...przekazywaną z pokolenia na pokolenie...Dobrze, że jeszcze mam kogo zapytać o niektóre rzeczy...Druga Mama i Tata (czyt. Teściowie) mają sporą wiedzę i doświadczenie w zakresie dzikich roślin...czasami nie możemy się dogadać co do nazwy konkretnej rośliny, bo Rodzice operują takimi regionalnymi nazwami...ale po dłuższych dyskusjach i przeglądnięciu atlasów roślinnych znajdujemy to, o czym rozmawiamy ;)
Ponieważ ten temat bardzo mnie wciągnął zaopatrzyłam się w nieco książek o tej tematyce. Bliscy znajomi podążyli za ciosem i także od nich dostałam cudowne pozycje. I tak raz po raz odkrywam kolejne roślinki i ich właściwości.

"Nudne" kanapki posypane zielskiem i do tego herbata z kwiatów forsycji i wiosna na talerzu w pełni :)


Zeszłorocznym hitem okazała się maść z korzenia żywokostu na gęsim smalcu. Na bóle postrzałowe (takie nerwobóle itp.) okazała się dla nas zbawienna!! Zrobił ją Tata mojego Mężusia na podstawie przepisu znalezionego w książce pani Stefanii Korżawskiej. Nie każdego od razu da się przekonać, że to co nie z apteki jest dobre...ale sądzę, że podobnie jak z każdą inną DOBRĄ rzeczą trzeba wkraczać POWOLI i poprzez przykład. Ja niestety nie jestem idealnym przykładem wizualnym, że dzikie rośliny mają dobroczynny wpływ na sylwetkę np. ;p bo taka ma grubokoścista natura...ale samopoczucie jest DOBRE a to ważne... Poza nadprogramowymi kilogramami to jednak skóra jest ok...a dłonie po babraniu się w ziemi nie są tak zniszczone jak wtedy gdy używam płynu przy myciu naczyń...
Dodatkowo wolę to, co znajdę na swojej łące i swoim skrawku lasku niż to, co pięknie opakowane w markecie. Zmieniłam się na tyle, że kupując warzywa, nie przebieram jak dziad w gruszkach...biorę wszystko za koleją, wychodząc z założenia, że jak na czymś jest plamka albo dziura po robaku to znaczy, że jest to zjadliwe ;) robaki i inne takie wiedzą, co dobre, do sztucznego nie pójdą...
Teraz idealny wręcz czas by się rozejrzeć po bezdrożach i laskach i łąkach z dala od głównych ulic i zacząć poszukiwania. 
Pokrzywa ma swój czas, młode liście lipy już nadają się do spożycia...mniszek też u mnie po ostatnich topniejących śniegach zaczyna zażółcać łąki, kurdybanek, liście fiołka wonnego...wszystko może wylądować w sałatce...i mój ulubiony podagrycznik. Pospolity chwast, którego pełno wkoło...a jaki smaczny! W połączeniu z tradycyjnymi składnikami, jako dodatek do pieczywa, czy zielenina do obiadu...no pyszne!...ale to sami musicie ocenić :)

Nasz piątkowy obiad. Prosta pizza. Z sosem pomidorowym, serem i duszoną POKRZYWĄ z czosnkiem niedźwiedzim. PYSZNE było!






Zwykły jogurt z dodatkiem chia i kolorowa galaretka ozdobiona jadalnymi kwiatami i liśćmi (podbiał, fiołek wonny-kwiat i liście, krwawnik-liść) bardzo się nam podoba :)
Antoś nawet wyjadł kwiatki z deseru Zosi :)




I inny obiad...tarta z boczkiem (z naszych mangalic) z jajkami (od naszej kury...wciąż jednej ;p) i z serem żółtym...podana z duszonym podagrycznikiem z czosnkiem...mniam!





Na blogu Klub Twórczych Mam od jakiegoś czasu tworzymy nowy cykl "Zielnik Domowy" w którym opisujemy różne rośliny, zioła, czy owoce etc.oraz podajemy sposoby ich użytkowania w naszych domach...jeśli jesteście ciekawi tu kilka linków:
POKRZYWA<klik>
FIOŁKI WONNE<klik>
NAGIETEK<klik>

Ponieważ wyszło bardzo, ale to bardzo kulinarnie to zapraszam Was także do nowego wyzwania "Zrobione z Mamą - potrawy dla niejadka"<klik>


Moje dzieciaki nie są niejadkami. Całe szczęście. Myślę, że to zmora dla Rodziców, którzy borykają się z tym problemem, że ich dziecko prawie nie je...Nie wiem skąd się bierze to, że dzieciaki nie chcą jeść...Co innego jeszcze , gdy dziecko po prostu mało je, a co innego, gdy wybrzydza...
Wychodzę z założenia, że najważniejszy jest przykład, jeśli nasze dziecko widzi, że jemy owoce, to przyjdzie i poprosi i też zje owoc, jeśli widzi, że jemy czekoladki to i ono będzie chciało.
U nas jeszcze od maleńkości stosowaliśmy zasadę, że JEMY wspólne posiłki przy stole. Odkąd zaczęliśmy wprowadzać stałe pokarmy do diety dzieci odtąd mieliśmy zawsze towarzysza przy stole. 
Często też przygotowujemy coś RAZEM. 
Wspólnie próbujemy nowych smaków. O ile w tej kwestii Antoś to pełen żywioł o tyle Zosia jest od jakiegoś czasu "ostrożniejsza" i bardziej nieufna...Po jakimś czasie wracamy znów spróbowania do "nielubianych" smaków na nowo. Smaki się przecież zmieniają.
A u Was jak to wygląda?
Pozdrawiam Was ciepło!

15 komentarzy:

  1. O jak milo, ze znalazlam wspolna dusze.....Ja uwielbiam moj ogrodek, wypady do lasu i nowosci w kuchni.
    Nasi zajomi i przyjaciele mnie nazywaja ( ale nie obrazliwie)zielarska wiedzma ( to i stad moja nazwa bloga)
    Zbieram i przerabiam co sie da.
    W domu, jak jeszcze dzieciaki byly, to oczywiscie bylo musowo siedziec wspolnie przy stole, gotowac i piec razem.....Cudne czasy.... Ale dzieciaki ( teraz juz z partnerami )bardzo czesto i chetnie nas odwiedzaja.
    Dzisiaj zrobilam maslo z czosnkiem niedzwiedzim ( oczywiscie z ogrodka).To u nas musi byc na grilla !!!!
    Masc z nagietka ( tez z ogrodka) to normalna rzecz....Skaleczenia sie super goja a suche rece po robocie na ogrodku to juz prawie glosno mlaskaja ☺
    Kochana dziekuje ci bardzo za piekne fotki i opisy.
    Pozdrawiam goraco
    Gabi
    Ja niestety nie mam juz nikogo, zeby pytac...Ale dobrze ze internet istnieje i cos jednak w glowie od babc, tesciow i innych starszych zostalo ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję za te słowa :)
      Ja też "czarownica" wśród znajomych ;p
      Wspólny posiłek scala rodzinę...jak się masz czas na wspólny obiad czy kolację, to znaczy że się ma czas na rozmowę, na posłuchanie drugiego...o wspólnym przygotowaniu nie wspomnę, bo to kolejny filar podtrzymujący więzi :)
      Masło z czosnkiem niedźwiedzim do grillowanych warzyw-mmm pychota...
      Pozdrawiam ciepło.

      Usuń
  2. Od dawna podziwiam Cię (i trochę zazdraszczam ;)) takiego "naturalnego" podejścia... Też bym tak chciała, ale jestem trochę nieufna...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nieufność w tym wypadku wydaje mi się, że jest dobrym objawem :) znaczy, że się myśli :) a jak się myśli to się poszukuje i wie się gdzie szukać :)
      Następnym razem skuszę Cię na fermentowaną herbatkę z lilaka :)
      Pozdrawiam Sandra!

      Usuń
  3. Ja urodziłam się na wsi i taka dzikość nie jest mi obca :) Teraz mieszkam w mieście i taką dzikość tworzę na balkonie, a za wsią tęsknie i często do niej wracam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam czytać te Twoje przemyślenia Justynko... za każdym razem serwujesz mi powrót do dzieciństwa... :)
    myślę, że jeszcze kolejne cztery lata i napiszesz może coś "grubszego"? takie mam jakieś "wizje" ;-) bardzo Ci tego życzę :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Gdybyś mieszkała bliżej, to na pewno moja kuchnia byłaby o wiele bogatsza w te jadalne dzikości :) Nie znam się kompletnie na tym i nie ciągnie mnie do szukania w książkach tego, co jadalne. Jakby mi ktoś pokazał, to na pewno bym używała. Zazdroszczę Ci tej umiejętności i podziwiam jak pięknie i smacznie to wszystko u Was wygląda. Jestem przekonana, że jest przepyszne. Aż mi zapachniało...

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja od dziecka mieszkam na wsi, ale muszę przyznać że z okolicznych łąk przynosiłam tylko pokrzywy...;) Myślę ze takich rzeczy musimy uczyć się od kogoś, od bliskich a potem sięgać też do literatury :) Więc wszystko przede mną :)) Ech..a mój starszy baaardzo wybredny i niejadek od małego, choć widzę już postępy; ) Młodszy bardziej chętny do promowania nowych smaków :)
    Pozdrawiam cieplutko i życzę udanych zielonych znalezisk :))

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo przyjemnie mi się Ciebie czytało, dowiedziałam się wielu rzeczy... chciałam jeszcze coś napisać ale w głowie ciągle kołacze mi się ta macierzanka. Macierzanka!
    Moje wspomnienia z dzieciństwa. Zapach z dzieciństwa to zapach macierzanki i innych ziół unoszących się nad polaną w ciepły dzień, pod palcami czuję dotyk trawy i drobnych listków macierzanki... przez kilkanaście lat mieszkaliśmy w pałacu, który z każdej strony był otoczony wielohektarowym parkiem, niezwykle różnorodnym, stawy, gaje, laski, kotliny... żadnych ulic, tylko polne drogi, żadnych aut tylko rowery, sama przyroda, częściej na dworze niż w domu... i ta macierzanka na polanie, na której się spało nie raz...

    OdpowiedzUsuń
  8. Kochana ten wpis, to już tylko wisienka na torcie! Jesteś mi jeszcze bliższ niż myślałam :) Kiedy czytałam wpis miałam ciarki, bo miałam wrażenie, że spisujesz moje przemyślenia, marzenia i to co mi w duszy gra! Ja wiele lat temu, będąc na tydzień przed maturą pojechałam z przyjaciółką z licealnej ławki do leśnego domu jej rodziców...był to bardzpo stary, drewaniany dom, a wokół niego królestwo mamy, która była dla mnie jak jakaś rusałka leśnia! Niesamowita kobieta i aura, którą otaczała wszystko wokoło... Cały ogród składał się z ziół i "dzikich" roślin, które ona później serwowała nam w przepysznych potrawach! W tatmych czasach nie było dostępu do internetu, takiego jak mamy teraz i ja po raz pierwszy miałam kontakt z tak niezwykłą osobą. Do dzisiaj całą moja rodzina z zachwytem wspomina jej autorskie mieszanki suszonych ziół do różnych potraw! Wtedy obiecałam sobie, że kiedyś też tak będę, że zostanę wiedźmą naszych czasów...niestety z tym jest różnie i trochę żałuję, że zbyt mało szperam, czytam i się uczę, ale teraz wiem,że to Ty poprowadzisz i zainspirujesz mnie dalej :) Mam nadzieję, że uda nam się usiąść razem przy stole zastawionym skarbami, nasze rodziny są niesamowicie do siebie podobne...i te wspólne posiłki...u nas to tak samo oczywiste i niezmienne jak powietrze :D ściskam Cię Kochana!

    OdpowiedzUsuń
  9. Jogurt i galaretka z kwiatami - wyglądają cudnie , a przy okazji to samo zdrowie na talerzu. Pochwalam. Super !!! Fajnie , że macie takie wspólne zainteresowania. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Czasami nie doceniamy tego, co mamy pod nosem, tuż za płotem, dzięki czemu nasz stół będzie wzbogacony nowymi kolorami, zapachami i oczywiście smakami...
    Sernik z fiołkami to mój faworyt, konieczny do zrobienia w najbliższym czasie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Justyś... widzę, że muszę się z Tobą zdzwonić; przeszkolisz starszą koleżankę bo nie we wszystkim jestem dobra;
    ten co mówi , że z apteki jest lepsze znaczy się nie jest mocno kształcony bowiem apteka = chemia... nawet jeśli dotyczy ziół; nie ma jak ręczna robota pod każdym względem;
    narobiłaś mi apetytu pokrzywą... tyle jej mam i nie wiem jak zebrać
    ściskam mocno :)

    OdpowiedzUsuń
  12. tyle pyszb=nych inspiracji :) ja tez dośc lubie eksperymentowac w kuchni i co neico się na dzikim znam, choć nie czytałam żadnych ksiazek w tym zakresie, moze pomijajac egzemplarze tygopdnika Zorza, jako dzieco i nastoaltak, gdzie na osttaniej stronie były zioła. I moze się zdziwisz, ale mój maz tez ma podobne podjeście do darów natury ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja do dzisiaj nie wiem jak macierzanka wygląda ☺

    OdpowiedzUsuń